Jakiś czas temu zastanawialiśmy się z kolegami, co by się stało, gdyby wybuchła wojna albo zdarzył się inny kataklizm na podobną skalę. Dawniej ludzie byli lepiej przygotowani na takie wypadki: mieli wodę w studni przydomowej, jedzenie w piwniczce, albo przynajmniej w spiżarce, węgiel w piwnicy i kuchnię węglową, która oprócz gotowania służyła do opalania domu i podgrzewania wody. Nawet u moich rodziców, którzy już mieszkali w bloku, była mała kuchnia węglowa, a kuchenka elektryczna i gazowa pojawiły się później. Na wsiach ludzie mieli kury, świnki, krówki, wszystkiego po trochu, przede wszystkim dla siebie, w drugiej kolejności na sprzedaż, chyba że ktoś był obszarnikiem albo kułakiem, a potem badylarzem tępionym przez socjalistyczną ojczyznę. Znam takich, u których elektryfikację przeprowadzono w 1975 roku.
Dzisiaj ogromna większość ludzi, zwłaszcza w dużych miastach, nie ma tego wszystkiego. Zabraknie prądu na dłuższy czas i wtedy nastąpi koniec świata: komputer na prąd, nawet bateria czy inne podtrzymanie na długo nie wystarczy, telefon na prąd, woda na prąd, ciepło na prąd, nawet jak ktoś ma gazowe ogrzewanie, to gaz też trzeba pompować, jedzenie w sklepie, ale sklep też na prąd. Benzyny nie ma, bo żeby zatankować prąd też jest niezbędny, a bez tankowania do sklepu nie ma jak dowieźć czegokolwiek. Kolej na prąd, kiedyś były parowozy, potem lokomotywy spalinowe, ale dziś nie sądzę, żeby zostało z nich cokolwiek poza eksponatami muzealnymi. Bez kolei i samochodów jedynym środkiem lokomocji pozostaje rower i wózek popychany ręcznie, bo furmanki już dawno zniknęły, a konie stały się towarem rzadkim.
Jest coś takiego jak Obrona Cywilna (OC), która teoretycznie ma, przynajmniej częściowo, łagodzić skutki takiego kataklizmu: zapewniać schrony z zapasami wody i żywności, studniami, środkami medycznymi, łącznością itd. Ostatnio czytałem gdzieś artykuł, który opisywał fatalny stan Obrony Cywilnej w Polsce. Budżet wynosi ok. 22 miliony złotych, z czego 18 idzie na płace. Przyjmując bardzo zgrubnie, że na jednego pracownika wypada 5 tysięcy miesięcznie, czyli 60 tysięcy rocznie, wychodzi, że w OC pracuje 300 osób, czyli że jeśli jedna osoba odpowiada na jeden schron, jego utrzymanie, zaopatrzenie, funkcjonowanie i gotowość, to mamy trzysta schronów, czyli jeden na 125 tysięcy obywateli. Ale czy je mamy?
A bez prądu to nie działa.
Dzisiaj ogromna większość ludzi, zwłaszcza w dużych miastach, nie ma tego wszystkiego. Zabraknie prądu na dłuższy czas i wtedy nastąpi koniec świata: komputer na prąd, nawet bateria czy inne podtrzymanie na długo nie wystarczy, telefon na prąd, woda na prąd, ciepło na prąd, nawet jak ktoś ma gazowe ogrzewanie, to gaz też trzeba pompować, jedzenie w sklepie, ale sklep też na prąd. Benzyny nie ma, bo żeby zatankować prąd też jest niezbędny, a bez tankowania do sklepu nie ma jak dowieźć czegokolwiek. Kolej na prąd, kiedyś były parowozy, potem lokomotywy spalinowe, ale dziś nie sądzę, żeby zostało z nich cokolwiek poza eksponatami muzealnymi. Bez kolei i samochodów jedynym środkiem lokomocji pozostaje rower i wózek popychany ręcznie, bo furmanki już dawno zniknęły, a konie stały się towarem rzadkim.
Jest coś takiego jak Obrona Cywilna (OC), która teoretycznie ma, przynajmniej częściowo, łagodzić skutki takiego kataklizmu: zapewniać schrony z zapasami wody i żywności, studniami, środkami medycznymi, łącznością itd. Ostatnio czytałem gdzieś artykuł, który opisywał fatalny stan Obrony Cywilnej w Polsce. Budżet wynosi ok. 22 miliony złotych, z czego 18 idzie na płace. Przyjmując bardzo zgrubnie, że na jednego pracownika wypada 5 tysięcy miesięcznie, czyli 60 tysięcy rocznie, wychodzi, że w OC pracuje 300 osób, czyli że jeśli jedna osoba odpowiada na jeden schron, jego utrzymanie, zaopatrzenie, funkcjonowanie i gotowość, to mamy trzysta schronów, czyli jeden na 125 tysięcy obywateli. Ale czy je mamy?
A bez prądu to nie działa.

Komentarze
Prześlij komentarz